Rzecz będzie o dowodach osobistych. Tak, te z tych, które każdy obywatel RP winien posiadać jakowyś, wymienić do końca roku, a co nie każdemu się uda.

Najpierw studium przypadku: jestem zameldowany w mieście X, ale urodziłem się w Y, a żyję w Z. Tak więc, aby spełnić obowiązek, który został nałożony na mnie przez kochanego Ustawodawcę, wybrałem się podczas urlopu w pewien dzień letni do Urzędu Gminy w X. Zamierzałem zrobić to dzień wcześniej, ale przyszedłem za późno (po 10), więc kolejka była już całkiem spora. Nie ma tego złego, bo spotkałem kolegę ze szkolnej ławy (jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy o naszej-klasie). Kolega, oczywiście przebywał w kolejce do wymiany dowodu, mieszka i pracuje daleko stąd, więc korzysta z urlopu, żeby załatwić tą przyjemność. Nie byłem jeszcze zdesperowany, więc po towarzyskiej rozmowie poszedłem sobie.

Przed pokoikiem w Urzędzie byłem więc następnego dnia o 7:30, ze starym dowodem i wnioskiem. Szybko się okazało, że Urząd nie posiada w dokumentach dotyczących mojej osoby odpisu aktu urodzenia, więc muszę jechać do Y, żeby w tamtejszym Urzędzie Stanu Cywilnego otrzymać odpis. Pan Urzędnik pocieszył mnie tym, że odpisy do wymiany są wydawane bezpłatnie, ale powinienem się pośpieszyć, jeśli chcę jeszcze tego dnia zakończyć sprawę.

Tak więc popędziłem autobusem, jednym i drugim, do Y. Tam, sapiąc i dysząc, dotarłem do USC, gdzie wypełniłem NIEWYRAŹNIE SKOPIOWANY druczek, o mało co nie obraziłem się na panią z okienka (a ona na mnie), dostałem to com chciał (czyli skrócony odpis aktu urodzenia) i wróciłem do X już o 10. Kolejka – do przewidzenia – urosła. Pozostało mi czekać, co w dzień lata, jak tamten, było uciążliwe. Upał, mało przestrzeni, dużo ludzi, mokro pod pachami, duszno.. Odczekawszy swoje (każdy w kolejce przede mną spędzał był przynajmniej pół godziny w pokoiku), wszedłem. Ponieważ miałem za sobą wstępne oględziny dokumentów przez Pana Urzędnika, to dalej poszło z górki: Pan Urzędnik obejrzał skrupulatnie odpis, coś tam sobie zanotował w kajeciku, wklepał dane z wniosku do jednego komputera, do drugiego, poszeleścił pozostałymi papierami, zeskanował to i owo, po czym dał mi kwitek i powiedział, że dowód dostanę najwcześniej za miesiąc. Aha, udało mi się tak ustawić, że nowy dowód odebrać mogłem w Z – takie małe osobiste zwycięstwo. Całość zajęła 30 minut, z czego większość spędziłem na gapieniu się, jak Pan Urzędnik przepisuje n-ty raz to samo, co ja przepisałem z dowodu do wniosku, a co jest m-razy powtórzone w dokumentacji Urzędu.

Z urzędu wyszedłem po 13.

Podsumowanie: złożenie wniosku kosztowało mnie wymiernie 40 PLN (koszt wniosku + bilety) oraz pół dnia urlopu. Doliczyć do tego wypada także czas i koszt transportu między X a Z, co razem daje 2 dni i około 150 PLN.

Zastanawia mnie kilka rzeczy: do czego jest potrzebny ten cholerny odpis? Nie jest przesyłany do Centrum Personalizacji Dokumentów, zostaje w Urzędzie. W dodatku Urząd ma historię dokumentów, które się przewinęły na mój temat: meldunek, pierwszy wniosek o dowód.. Na każdym powtórzone dane osobowe. jak się nazywam, gdzie mieszkam, kim są moi rodzice, gdzie się urodziłem.. Urząd ma dostęp do bazy PESEL, więc w razie wątpliwości, może tam zasięgnąć informacji. Na co do tego wniosku to przelewanie z pustego w próżne? Czy nie można było bazować na tym, co już Urząd wie? Po kiego grzyba siedziałem przez pół godziny jak ciołek i oceniałem biegłość pisania Pana Urzędnika na klawiaturze? Czemu nie można przesłać wniosku pocztą? Możemy przesyłać deklaracje podatkowe, więc co stoi na przeszkodzie, żeby wniosek też przesłać pocztą? Skoro już ma być ten odpis, to czemu JA mam za nim biegać? Urzędy nie mogą tego załatwić między sobą?

Teraz szerszy plan: wspomniany wcześniej Ustawodawca rozporządzeniem Ministra MSWiA musiał wymienić dowody (tak to sobie tłumaczę) przede wszystkim z powodu Schengen. Układ z Schengen wymaga od nas przyjęcia pewnych wspólnych rozwiązań, w tym określonych wzorów dokumentów stwierdzających tożsamość w obrębie działania układu. Ale to dany kraj decyduje, jakie dokumenty są do tego predestynowane. Dane z dokumentów są przetwarzane w Systemie Informatycznym Schengen, który pozwala np. na stwierdzenie, czy dany obywatel nie jest przypadkiem poszukiwany, niejawnie nadzorowany czy też nie dotyczy go zakaz wstępu (patrz: Wikipedia).

Z innej strony, ustawa o ewidencji ludności i dowodach osobistych nie jest nowa. Została uchwalona w 1974 r., i mimo wielu zmian od tamtego czasu, trzon nadal jest z PRL. Ustawa nakłada obowiązek meldunkowy (nie mogę nie polecić tutaj tekstu Bartka Ciszewskiego i komentarza Olgierda R), który przywiązywał obywatela do konkretnego miejsca zamieszkania. Jak obywatel chciał się gdzieś ruszyć, to zaraz miał się zgłosić w odpowiednim urzędzie. Jak nie, to kanał. Władza musiała wiedzieć, gdzie obywatel przebywa, a jak nie przebywa, to też musiała wiedzieć (na przykład, jak wyjeżdża za granicę, o). Wszystko oczywiście lądowało w dowodzie osobistym, z pieczątką i parafką. Mówiąc krótko – władzy nie zależało na tym, żeby ludność mogła poruszać się swobodnie w granicach państwa (poza granicami tym bardziej), i każdą taką wyprawę chciało sankcjonować.

Skoro wymiana dowodu musiała być, to czemu nie skorzystano z okazji i nie zmieniono tego chorego modelu? Na plastiku słabo się pisze, więc co z tego, że mam nowy dowód, skoro każda zmiana jego treści skutkuje wizytą w urzędzie i wymianą na nowy? No i czemu ten dowód jest ważny 10 lat? Czemu po tym czasie, nawet jak żadna informacja na nim się nie zmieni, muszę go wymienić? Dla nowego numeru i serii? Znowu nalewanie z pustego w próżne. A, i nie zapominajmy, że jeśli mam nadany NIP (dotyczy to chyba każdego podatnika), to o każdej zmianie dowodu powinienem informować Urząd Skarbowy.
Kolejne wątpliwości, jakie mam, to czy katalog dokumentów stwierdzających tożsamość musi być taki wąski? Jest przecież jeszcze prawo jazdy (niedawno wymieniane), a co poniektórzy będą mieć niedługo nowe legitymacje studenckie. Każdy z tych dokumentów jest imienny i zaopatrzony w zdjęcie.

Na koniec chciałem zwrócić uwagę, że między Schengen a PRLem da się dostrzec pewną analogię…

PS. Post ten powstał jako rozwinięcie moich komentarzy we wpisie Tomasza Topy o wymianie dowodów.

Leave a Reply