duchy

listopad 14, 2008

Zastanawiałem się, jak ten wpis zacząć. Chciałem napisać, że Ghosts I-IV spodobało mi się. Jest to oczywiste, jeśli się weźmie pod uwagę, że lubię NIN i takie ambientowo-klaustrofobiczne klimaty. Jednocześnie nie chcę zamykać tej, całkiem sporej, porcji muzyki w trzech słowach. Klimaty są tam w różnych odcieniach, w różnym nasyceniu. Nie warto spłaszczać tego tak banalnie.

“Ghosts” to 2 godziny muzyki bez słów. Jest to miła odmiana od poprzednich nagrań Reznora, który w śpiewanych kawałkach miał tendencje popowe. Tutaj jednak przypomina mi się cały soundtrack pierwszego “Quake’a” – duszny, mroczny, a, psychodeliczny, oraz kawałki z “The Fragile” i późniejszych wersji – soczyste aranżacje, które drażnią i cieszą jednocześnie. Niektóre dynamiczne, ale przeważa swobodne unoszenie się na powierzchni.

Jest tu oczywiście też inny aspekt. Reznor stwierdził, że ma dość korporacji, które sterują jego twórczością, rżną w tyłek jego i fanów. Po wypełnieniu kontraktu (podejrzewam, że stąd średniość ostatnich dwóch płyt – facet po prostu robił na odwal, bo i tak z tego niewiele miał, a za bramą czekał na niego nowy, lepszy świat) zaczął tworzyć niezależnie. Od niego tylko zależy, czy nagra, jak nagra i jak wyda. Rozpoczął zwiadem: produkcją albumu Saula Williamsa The inevitable rise and liberation of Niggytardust! i sprzedażą muzyki przez stronę. Saul Williams jest u nas mało znany, na pierwszy rzut oka twardy hip-hop gangster, ale to tylko pierwsze wrażenie. Dość napisać, że “Tardusta” słucha się dobrze. Czuć w nim też mocno rękę Reznora – charakterystyczne motywy, przejścia, riffy. Całość dobrze przygotowana. Album miał być dostępny jako darmowy download (mp3 w średniej jakości; możliwość ta została zablokowana po pewnym czasie) i w opcji płatnej, za $5 z wyborem formatu (jednorazowy download mp3 192kbps/mp3 320kbps/flac), w obu przypadkach bez żadnych “zabezpieczeń cyfrowych”. Mniej więcej w tym samym czasie Radiohead wydało “In Rainbows”. Album Williamsa miał oczywiście mniejszy “zasięg”: w pierwszym tygodniu za ściągnięcie zapłaciło około 30 tys. chętnych. Eksperyment chyba się udał i choć Reznor w kilku wywiadach nie brzmiał jak przekonany do takiej formy (to dużo mniej, niż tych, którzy nie chcieli płacić), to Saul Williams był jednak zadowolony (to dopiero pierwszy tydzień, bez żadnej akcji promocyjnej, a poprzednia płyta Williamsa sprzedała się przez 2 lata w podobnym nakładzie).

Reznor przemyślał trochę model sprzedaży i efekt 10-tygodniowej sesji nagraniowej zaprezentował w kilku formach do wyboru. Tak więc:

  • możesz dostać za darmo 30 minut muzyki do spróbowania.
  • za niewielki ($5) pieniądz ściągniesz sobie pełen materiał w wybranym formacie (polecam flac – można go skonwertować do mp3, ale też nagrać z tego CD bez straty jakości), bez żadnego DRM. Do tego ładnego PDFa z nastrojowymi obrazami (strona wizualna wydawnictw NIN była zawsze ciekawa, tak jest i teraz), tapety i ikonki.
  • za $10 + koszt wysyłki dostaniesz podwójne CD, a więc muzykę na fizycznym nośniku (niestety, kosz wysyłki do Polski to $13).
  • wypasioną wersje za $75, jeśli interesuje ciebie możliwość przerobienia materiału studyjnego (to brzmi nieźle, jeśli się wie, co z tym można zrobić), w której będą 2 CD z muzyką, DVD z samplami i nagraniami z sesji i wysokiej jakości nagranie na BluRay’u.
  • za $300 limitowaną do 2500 sztuk wersję kolekcjonerską, za kupienie której Reznor z wdzięczności podpisze się na okładce. Dostaniesz płyty, wydrukowane zdjęcia i obrazy, które są dostępne tylko w tej edycji, ale dopiero w maju (a premiera była w marcu).

Przy każdej “płatnej” opcji jest możliwość ściągnięcia całego albumu w wybranym formacie (mp3 lub flac).

Wnioski:

  • Po pierwsze – dać wybór. Nie każdy, kto jakąś ściągnie muzykę, polubi ją i będzie chciał ją kupić. Dobrze więc dać coś na spróbowanie.
  • Jeśli już coś chcesz sprzedać, nie traktuj swoich klientów jak potencjalnych kryminalistów. Jeśli chcą się podzielić kupioną muzyką z innymi, nie utrudniaj im tego. Tutaj także warto i należy zauważyć, że nagranie jest na licencji Creative Commons Attribution Non-Commercial Share Alike. Skutkiem takiej licencji jest przyzwolenie artysty na dzielenie się tym albumem bez obawy przed organizacjami zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, pod warunkiem, że utwór nie jest wykorzystywany komercyjnie. Powtórzę jeszcze raz: Reznor nie widzi nic złego w tym, że ludzie wymieniają się jego muzyką w sieciach p2p.
  • Daj możliwość kupienia fizycznego nośnika, ale im więcej za to chcesz, tym więcej za to daj. Wersja ekskluzywna w ciągu 3 dni rozeszła się w całości, a przecież miała być dostarczana miesiąc po premierze!

Na wypadek, gdyby ktoś pytał: tak, kupiłem “Ghosts” i jestem z tego zadowolony. Kupiłem także “Niggy’ego Tardusta”, na co nie narzekam.

Dziś będzie lajtowo: sałatka z tuńczyka. Banalna w przyrządzeniu, dobra na lekką kolację albo przyjęcie.

Składniki:

  • Puszka tuńczyka w sosie własnym
  • 2 jajka
  • 10 dkg sera żółtego w kostce
  • pół cebuli
  • puszka kukurydzy
  • szczypiorek
  • majonez
  • (dla zawodowych wyjadaczy) odrobina twardego masła z lodówki

Przygotowanie:

Jaja ugotować na twardo, ostudzić, oddzielić żółtka. Tuńczyka odcedzić, rozdrobnić. Ser zetrzeć na drobnej tarce. Cebulę pokroić bardzo drobno, tak samo szczypiorek. Białka jajek posiekać drobno, żółtka rozgnieść. Cała sztuka w tym przepisie polega na tym, żeby ułożyć wszystko warstwami – raz białe, raz kolorowe – jak w kawie latte:). Na ten przykład najpierw do salaterki wcieramy drobno starte masło, sypiemy warstwę cebulki, potem warstwę kukurydzy, warstwę białka. Całość wieńczymy warstwą majonezu. Taka warstwowa sałatka prezentuje się bardzo ładnie, jak już zostanie odrobinę ‘nadgryziona’. Na talerzu oczywiście freestyle – można sobie mieszać całość, można wyjadać warstwami.

Bon appétit!

Lubię dobrze zjeść. Lubię też gotować, ale zawszę wolę dobrze zjeść niż rozbijać gary. Dziś, z racji tego, że byłem bardziej kuchcikiem niż smakoszem, przedstawię krótki przepis na jedną z moich ulubionych zup, czyli żurek. Zawszę, jak myślę o żurku, to przypomina mi się piosenka śpiewana przez Wojciecha Młynarskiego (cytat jak najbardziej z pamięci):

Marcheweczka ciach, ciach, ciach
Pietruszeczka ciach, ciach, ciach
Porek i selerek, trach!
sieeekam
i nastawiam gaz na ful,
rosołeczek bul, bul, bul
a ja siadam jak ten król
czeeekam

Piosenka była odgrywana w Trójce, jako dżingiel audycji kulinarnej (chyba, pamięć może mnie mylić).

Składniki na około średni garnek zupy:

  • duży garnek
  • 2 litry wody
  • żurkowy zakwas
  • 20 dkg wędzonego boczku
  • 30 dkg dobrej kiełbasy; żadna śląska za 8.99. To ma być dobra, mięsista, prawdziwa kiełbasa, np. wiejska. Wersja ludowa żurku jest oczywiście oparta na kiełbasie białej.
  • 1 duża cebula (bądź dwie mniejsze)
  • 2 duże ziemniaki
  • marchewka
  • pietruszka
  • mały por
  • ćwierć selera
  • ząbek czosnku
  • 2-3 jajka
  • sól, pieprz, majeranek, liść laurowy, ziele angielskie

Absolutnie odradzam stosowanie wszelkiego rodzaju ułatwień w stylu kostek rosołowych, podravek, czy innych cudów. Tej zupy nie godzi się w ten sposób przygotowywać.

Przed właściwym gotowaniem warto mięso i warzywa pokroić w koskę. Marchewkę, pietruszkę, por i seler w możliwie drobno.

Do garnka na średnim ogniu wrzucić boczek i kiełbasę, wytopić trochę tłuszczu i wrzucić cebulę. Dodać czosnku. Cały czas mieszać (najlepiej drewnianą łopatką), żeby się nie przypaliło. Cebula powinna się zeszklić, ale mieszanka powinna być parzona przez około 5-7 minut. Będzie dobre, jeśli kuchnię wypełni zapach smażonej kiełbasy z cebulą.

Tutaj małe wyjaśnienie: w kanonicznych wersjach przepisu przeważnie gotuje się warzywa, ale wykorzystuje się tylko wywar. Ja jednak lubię zupy gęste a niezabielane, a do takich należy żurek, w których pływają także kawałki warzyw (zwłaszcza marchewki). Dlatego też nie rozstajemy się z warzywami podczas gotowania – staramy się je jednak rozgotować, by były miękkie.

Do garnka wlać wodę i odstawić do zagotowania, a następnie wrzucić warzywa, dodać liść laurowy i ziele angielskie. Gotować do momentu, aż ziemniaki będą miękkie, wtedy należy dodać zakwasu (około 250-300 ml), porządnie zamieszać, posolić i popieprzyć do smaku, dodać majeranku. Zostawić na lekkim ogniu jeszcze z pięć minut. Do podania należy ugotować jajka na twardo. Ugotowane jaja obrać, przekroić na ćwierć, włożyć na dno talerza i zalać zupą.

A propos podania, to bardzo atrakcyjnym sposobem jest podawanie żuru w wydrążonym bochenku świeżego chleba. Za każdym razem, jak dostaję tak podaną zupę, zjadam cały ‘garnek’ razem z pokrywką.

Smacznego.

Historia z początku miesiąca: byliśmy w Londynie, wprawdzie krótko, bo raptem 4 dni, ale miasto wrażenie zrobiło. Pewne rzeczy mi się spodobały, zwłaszcza transport publiczny (taka dziwna fiksacja, którą chyba zaraziłem się od kolegi ze studiów). Nie o województwie londyńskim chciałem, lecz o tym, co się działo w trakcie powrotu.

Read the rest of this entry »

Rzecz będzie o dowodach osobistych. Tak, te z tych, które każdy obywatel RP winien posiadać jakowyś, wymienić do końca roku, a co nie każdemu się uda.

Najpierw studium przypadku: jestem zameldowany w mieście X, ale urodziłem się w Y, a żyję w Z. Tak więc, aby spełnić obowiązek, który został nałożony na mnie przez kochanego Ustawodawcę, wybrałem się podczas urlopu w pewien dzień letni do Urzędu Gminy w X. Zamierzałem zrobić to dzień wcześniej, ale przyszedłem za późno (po 10), więc kolejka była już całkiem spora. Nie ma tego złego, bo spotkałem kolegę ze szkolnej ławy (jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy o naszej-klasie). Kolega, oczywiście przebywał w kolejce do wymiany dowodu, mieszka i pracuje daleko stąd, więc korzysta z urlopu, żeby załatwić tą przyjemność. Nie byłem jeszcze zdesperowany, więc po towarzyskiej rozmowie poszedłem sobie. Read the rest of this entry »